Poniższy artykuł ukazał się w Magazynie Gazety Wyborczej 1998/06/19-20. Zamieszczamy go na naszej stronie WWW za uprzejmą zgodą wydawcy. Tekst źrodłowy artykułu pochodzi z Internetowego Archiwum Gazety Wyborczej.

Piotr Cieśliński

Uczony, którego nie ma


Jan Czochralski, ok. 1907 r.

Czy pan wie, którego z polskich uczonych najczęściej wymienia się w literaturze światowej? - spytał mnie niedawno prof. Henryk Szymczak, szef Instytutu Fizyki PAN. Nie zgadłem. Odpowiedź zaskoczyła mnie i zdumiała. Nikt by nie zgadł.

Gdyby zapytać na ulicy, kto jest najbardziej w świecie znanym polskim uczonym, to oczywiście padłyby nazwiska Mikołaja Kopernika czy też Marii Skłodowskiej-Curie.

Gdyby z kolei zapytać o największych światowych wynalazców, to ich listę otwierałby Thomas Edison, bez którego na pewno doskwierałby nam brak żarówki i patefonu.

Tymczasem był taki uczony i wynalazca, któremu zawdzięczamy niemal całą elektronikę. Bez niego nie byłoby wszystkich tych urządzeń, w sercu których znajdują się układy z krzemu - telewizorów, komputerów, telefonów, robotów, kuchenek mikrofalowych, zegarków kwarcowych. W dodatku ten uczony był Polakiem. Nazywał się Jan Czochralski.

Mało kto zna to nazwisko. Czochralskiego nie wymieniają podręczniki, nawet te dla szkół wyższych. Nie stawiano mu pomników, nie ma ulic, placów ani szkół jego imienia, choć - to nie żart - w literaturze światowej jest najczęściej wymienianym i cytowanym polskim uczonym.

Zmarł miesiąc po śmierci Stalina, osiem lat po zakończeniu wojny. Spoczywa w małej rodzinnej Kcyni w grobie, na którym dopiero kilka tygodni temu pojawiła się tabliczka z jego nazwiskiem. Pod koniec życia ten genialny uczony został odsunięty od pracy naukowej i parał się rzemieślniczą produkcją pasty do butów, soli szybko peklującej, proszków na katar, laku oraz płynu do trwałej ondulacji. Tu zresztą też wykipiał jego talent, bo do dziś płyn do trwałej "na gorąco" powstaje według jego receptury.

"Czeski chemik"

Jeśli jeszcze dodamy, że Czochralski był ósmym synem ubogiego stolarza, samoukiem bez matury, który swymi wynalazkami zarobił fortunę, to cała historia brzmi zupełnie jak bajka o Janku Muzykancie. W dodatku dzieje jego życia, w których uznanie i sława przechodzi w niemal zupełne zapomnienie, mogłyby posłużyć za kanwę dobrego filmu.

O jego dokonaniach pamięta jedynie wąska grupa fachowców (choć i ci nie zawsze kojarzą Czochralskiego z Polską). A skąd niby miano się o Czochralskim dowiedzieć? W Encyklopedii Popularnej PWN z 1991 r. Czochralskiemu poświęcono zaledwie trzy wiersze. Tuż poniżej dwa razy więcej miejsca zajmuje sylwetka Czojbałsana, współtwórcy komunistycznej partii Mongolii.

W indeksie nazwisk Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej Jan Czochralski figuruje jako "czeski chemik".

"Kronika techniki" ani słowem nie wspomina o twórcy podstaw przemysłu elektronicznego, choć jeden z wynalazków Czochralskiego, zaprzęgnięty do produkcji półprzewodników, stosowany jest dziś w fabrykach największych koncernów elektronicznych - amerykańskiego Intela i Motoroli, koreańskiego Samsunga czy japońskiego NEC-a. Słowem, metodą wymyśloną przez Czochralskiego wytwarza się dziś prawie cały światowy krzem, z którego robione są diody, tranzystory i układy scalone.

- Pamiętam, jak w technikum nauczycielka spytała, czy jestem krewną Czochralskiego. I ja zaprzeczyłam, nie, skądże znowu - wspomina Zofia Czochralska, wnuczka brata Jana Czochralskiego. - Wydawało mi się to niemożliwe, nic wtedy nie wiedziałam o stryjecznym dziadku.

Po wizycie doktora Pawła Tomaszewskiego z Instytutu Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych PAN we Wrocławiu, który ponad dziesięć lat temu zaczął tropić losy Czochralskiego, Zofia Czochralska założyła spec-jalną teczkę. Kolekcjonuje w niej kopie artykułów o stryjecznym dziadku, archiwalne zdjęcia i listy.

Nie żyją już dzieci Jana Czochralskiego - córki Leonia i Cecylia (obie zmarły w USA) i syn Borys, który do końca życia mieszkał w Kcyni. Borys odziedziczył talent po ojcu. Kcynianie wspominają, że był doskonałym radioelektronikiem. - U Borysa jest radio, które widać - opowiadano, gdy w połowie lat 50. Borys sprowadził jeden z pierwszych w kraju telewizorów. 40-metrową anteną (tak wysoką, że musiał założyć na niej światła ostrzegawcze) odbierał program chyba ze Szwecji, a zaciekawieni kcynianie, którzy nie mieścili się w domu, obsiadali parapety.

W Kcyni

Jan Czochralski urodził się jako ósme dziecko Franciszka i Marty Czochralskich 23 października 1885 r. w Kcyni w Wielkopolsce, która znajdowała się wtedy pod zaborem pruskim. Nad oknami parterowego domku wisiał szyld z dwujęzycznym napisem "Stolarnia budowli mebli i skład gotowych trumien. Oprawa obrazów".

Czochralscy od kilku pokoleń zajmowali się stolarstwem. Franciszek był znanym i cenionym twórcą stylowych mebli. Jednego z synów, Władysława, naznaczył na swego następcę w rzemiośle. Umyślił sobie jednak, że kolejnego syna, Jana, wykształci na nauczyciela. Posłał go do seminarium nauczycielskiego w Kcyni.

Janowi jednak nie był pisany nauczycielski fach. W 1901 roku przerwał nagle naukę i opuścił Kcynię. Co prawda rodzinne opowieści mówią, że Jan Czochralski zdał maturę, ale świadectwo dojrzałości podarł na oczach swojego profesora ze słowami: "Proszę przyjąć do wiadomości, że nigdy nie wydano bardziej krzywdzących ocen!".

- Tak naprawdę Jana wyrzucił z domu ojciec, któremu nie podobały się chemiczne eksperymenty syna - mówi Leszek Nowak, wnuk siostry Jana Czochralskiego. Siedzimy w kcyńskiej restauracji, która należy do Nowaka. - Młody Czochralski znalazł na strychu stare polskie podręczniki do chemii, z miejsca załapał bakcyla i zaczął eksperymentować, mieszać substancje i czynić pirotechniczne fajerwerki. Ponoć w domu rodzin- nym, a także sąsiednich budynkach, często wylatywały szyby, co w końcu miało doprowadzić do rodzinnej scysji.

W aptece

Szesnastoletni Jan powędrował do Krotoszyna, gdzie zatrudnił się jako pomocnik aptekarza i mógł bez przeszkód oddać się swoim pasjom. Okazało się przy tym, że trafił na mądrego pryncypała, który gdy tylko zorientował się, że ma u siebie zdolnego młodzieńca, a jego głodu wiedzy nie zdoła zaspokoić, wysłał go dalej do Berlina. Tam Czochralski u kolejnego aptekarza i chemika, doktora Hebranda, poznawał tajniki analizy rud, olejów, smarów i metali.

Tam również wypłynął na szerokie wody. W wieku 21 lat rozpoczął swą pierwszą naukową pracę w laboratorium firmy Kunheim & Co. Rok później trafił już do dużego berlińskiego koncernu Allgemeine Elektrizitats Gesellschaft (AEG), gdzie z miejsca objął stanowisko kierownika oraz inspektora produkcji w rafinerii miedzi. Trudno było jednak Czochralskiemu wspinać się po szczeblach kariery bez wykształcenia, matury i dyplomu studiów wyższych.


W laboratorium w Berlinie, 1906 r.

Około 1910 r. zdał egzaminy na politechnice w Berlinie, prawdopodobnie w trybie eksternistycznym, i zdobył tytuł inżyniera chemika. W tym samym roku ożenił się też z Margueritą Haase, berlińską pianistką holenderskiego pochodzenia.

- Rodzina Marguerity miała spore posiadłości w Niemczech. To małżeństwo dało mu zaplecze materialne, mógł się bez przeszkód oddać nauce - opowiada prof. Kazimierz Zięborak, towarzysz dziecięcych zabaw syna Czochralskiego - Borysa.

Początek wieku aż kipiał od wielkich wynalazków, odkryć i przedsięwzięć. W powietrze wzbił się pierwszy samolot braci Wright (1903 r.), H. Kamerlingh-Onnes skroplił hel (1908 r.) i odkrył zjawisko przewodzenia prądu bez żadnych strat cieplnych (1911 r.), Ernest Rutherford i Niels Bohr odkryli prawdziwą budowę atomu (1911 r.). Albert Einstein stworzył swe rewolucyjne teorie względności i grawitacji (1905-1916 r.).

Młody Czochralski w laboratoriach badawczych koncernu AEG pracował wtedy nad zastosowaniem aluminium, badał czystość i jakość metali, stopów i rud.

Hodowca kryształów

Był rok 1916, gdy przypadkiem wymyślił genialny sposób hodowania dużych kryształów metali i półprzewodników. Wyprzedził tym pomysłem całą epokę. Jego metoda dopiero w latach 50. znalazła praktyczne zastosowanie, a dziś bez niej nie mogłaby się obejść cała światowa elektronika.

Jak to z wielkimi wynalazkami bywa, tak i z tym związana jest anegdota. Mianowicie któregoś wieczoru Czochralski bezskutecznie próbował wymyślić sposób pomiaru szybkości, z jaką tworzą się kryształy metali. Zniechęcony odstawił na bok tygiel ze stopioną cyną i przystąpił do robienia notatek z całego dnia badań. W roztargnieniu (a według jednej z wersji poderwany dzwonkiem telefonu) zamiast w kałamarzu zanurzył pióro w tyglu z cyną. Gdy je wyjął, za stalówką ciągnął się cienki jak włos drucik cyny. Ktoś inny na jego miejscu strzepnąłby cynę do kosza, lecz nie Czochralski. Ten prześwietlił drucik promieniami Roentgena i odkrył, że drucik jest długim i idealnym kryształem cyny.

W 1916 r. nikt jeszcze nie potrzebował dużych kryształów metali i półprzewodników. Elektronika była w powijakach. Furorę robiły pierwsze lampowe odbiorniki radiowe, a prawa rządzące mikroświatem, atomami i elektronami czekały jeszcze na swoich odkrywców.

Dopiero pod koniec lat 40. powstał pierwszy tranzystor półprzewodnikowy, a w 1950 r. Amerykanie Teal i Little z Bell Laboratories odkryli na nowo metodę Czochralskiego do masowej produkcji kryształów krzemu. Do dzisiaj tę technologię znacznie zmieniono i ulepszono, ale jej podstawy - wymyślone przez genialnego samouka - pozostały bez zmian. Duże kryształy krzemu lub arsenku galu o średnicy kilkunastu cali są powoli wyciągane z roztopionej substancji, dokładnie tak jak Czochralski ponad 80 lat temu wyciągał pióro z tygla.

W 1917 roku 32-letni Czochralski opuścił Berlin. Przeniósł się do Frank-furtu nad Menem, by zostać szefem sporego laboratorium metaloznawczego Meallbank u. Metallurgische Gesellschaft AG. Miał pod sobą 19 osób i pracował nad stopami do produkcji łożysk. W 1924 r. opatentował skład nowego stopu, nie zawierającego kosztownej, importowanej cyny, który świetnie nadawał się m.in. do wylewania panewek wagonowych. Był to wynalazek wprost bezcenny dla gospodarki Niemiec, wciąż objętych powojennym embargiem na strategiczne materiały. Dlatego w przeciwieństwie do metody hodowania monokryształów natychmiast znalazł zastosowanie.

Patent na stop zakupiła kolej niemiecka (dlatego w Niemczech zwano go "bahnmetal"). Kilka lat potem zakupiły go również ZSRR, Stany Zjednoczone, Czechosłowacja i Polska (na licencji Czochralskiego bahnmetal, zwany u nas stopem B, produkował Ursus).

- Na stopie B Czochralski zarobił fortunę, stać go było na kupienie i utrzymanie domów w Berlinie i Frankfurcie - mówi doktor Paweł Tomaszewski.

Rosła też sława uczonego. W 1919 r., kiedy inicjował powołanie Niemieckiego Towarzystwa Metaloznawczego, to obok trzech innych współzałożycieli, profesorów Guertlera, Heyna i Bauera, występował po prostu jako starszy inżynier (podpisywał się "oberingenieur"). W 1926 r. starszy inż. Czochralski został wybrany na prezesa towarzystwa.

Powrót do Polski

Czochralskiego niezwykle ceniono w przemyśle. Był konsultantem największych światowych koncernów - francuskiej Schneider-Creusot, czeskiej ěkody, szwedzkiego Boforsa, czy też angielskiego Instytutu Metali.

Na jednym z kongresów naukowych w 1927 r. prezydent Ignacy Mościcki przekazał Czochralskiemu zaproszenie do powrotu do Polski. Mościcki był chemikiem, zdawał sobie sprawę z wartości uczonego i kusił go dobrą posadą na Politechnice Warszawskiej.

Czochralski namyślał się niecałe dwa lata. 1 października 1929 r. złożył nieoczekiwanie rezygnację z funkcji przewodniczącego Niemieckiego Towarzystwa Metaloznawczego i jeszcze w tym samym roku przeniósł się wraz z rodziną do Warszawy. Objął utworzoną specjalnie dla niego Katedrę Metalurgii i Metaloznawstwa na Wydziale Chemicznym Politechniki Warszawskiej.

- Wrócił do Polski, mimo że wcześniej odrzucał dużo bardziej intratne propozycje; m.in. podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych Henry Ford nie zdołał przekonać go do objęcia kierownictwa nowo wybudowanych zakładów produkujących duraluminium - mówi doktor Tomaszewski.

Nie ulega też wątpliwości, że pozostając w Niemczech, miałby dużo lepsze warunki do pracy i lepiej płatne posady. W Warszawie jego katedra przez pierwszych kilka lat nie miała nawet swojego pomieszczenia.

Była też inna trudność. Czochralski nie miał formalnie matury. Przywiózł wprawdzie eksternistycznie zdobyty dyplom inżyniera, ale nie miał doktoratu, ani habilitacji. Czy starszy inżynier mogł kierować katedrą? Politechnika zastosowała więc wybieg - nadała mu tytuł doktora honoris causa. I kilka miesięcy potem Czochralski mógł już otrzymać tytuł pro- fesora.

Człowiek sukcesu

Wracając do Polski, Czochralski nie pozbył się obywatelstwa niemieckiego. Aż do wybuchu wojny miał podwójne obywatelstwo. Dlaczego? Do końca nie jest to jasne. Zdaniem niektórych uczony chciał w ten sposób nadal czerpać spore dochody ze swoich niemieckich patentów. Chodziło zwłaszcza o pieniądze otrzymywane od niemieckich kolei za bahnmetal. Inni twierdzą zaś, że Czochralski, choć nie chciał (i nie miał powodu) zrywać ostentacyjnie z Niemcami, usilnie jednak starał się o zrzeczenie obywatelstwa niemieckiego. Ale nie było to rzeczą prostą. Jako ceniony konsultant, również w przemyśle wojennym, miał w Niemczech dostęp do tajemnic wojskowych i w takim wypadku proces zrzeczenia się obywatelstwa mógł trwać od 10 do 15 lat. Mogło to oznaczać, że był w tym okresie obywatelem niemieckim niejako wbrew swej woli.

W ciągu kilku lat pobytu w Polsce Czochralski rozkręcił swoją katedrę, a także zorganizował Instytut Metalurgii i Metaloznawstwa przy Politechnice, który wykonywał głównie prace dla wojska. Dla obu placówek wybudowano w ciągu kilku lat nowy budynek, wyposażono w najnowocześniejszą aparaturę.

Czochralski był klasycznym przykładem człowieka sukcesu, w niczym nie przypominał skromnego uczonego zamkniętego w murach uczelni. Przyjaźnił się z prezydentem, prowadził w swym warszawskim domu salon literacki. Był prezesem wielu rad naukowych i kolegiów, doradcą m.in. w wojsku, polskich kolejach, Ursusie. Czerpał znaczne dochody z wynalazków. Nie ukrywał swej zamożności. Sponsorował sztukę, finansował wykopaliska w Biskupinie, a także odbudowę dworku Chopina.

- Zawsze elegancki, w jasnych garniturach, nie wychodził na ulicę bez muszki i laski pod ręką - wspomi- na Leszek Nowak. - Przyjeżdżał do rodzinnej Kcyni śnieżnobiałą elegancką limuzyną, a za kierownicą siedział kierowca w białych rękawicz-kach.

W rodzinnym mieście Czochralski kupił ziemię i postawił piękną willę, letnią rezydencję, którą nazwał od imienia żony Margowo. Dom stoi do dziś i do dziś jest najładniejszym budynkiem w Kcyni.

- Czochralscy to byli wtedy wielcy państwo. Mieli dwa mieszkania w Warszawie, służbę, guwernantkę, kierowcę. Syn Borys dostał od ojca kawalerkę. Często nas tam zapraszał. Pamiętam, że miał lunetę, przez którą patrzyliśmy na Słońce - wspomina profesor Kazimierz Zięborak.

Jak dla Gierka

- Pracował na Politechnice na innych warunkach niż pozostali profesorowie - opowiada profesor Adam Proń z Politechniki Warszawskiej. - W ich odczuciu był uprzywilejowany. Przed wojną katedry były małe: zwykle jeden profesor, jeden asystent i demonstrator. Czochralski miał cały instytut z doktorami, inżynierami i technikami, lepsze możliwości badawcze niż wszystkie inne katedry razem wzięte. Można powiedzieć, że tak mu wyposażono instytut jak prof. Adamowi Gierkowi za czasów, gdy pierwszym sekretarzem PZPR był jego ojciec Edward Gierek. Ponadto Czochralski miał dużo zleceń dla wojska i przemysłu, dochody z patentów. To musiało rodzić zazdrość - dodaje profesor Proń.

Głośnym echem w środowisku naukowym przed wojną odbił się konflikt Czochralskiego z profesorem Witoldem Broniewskim (również z Politechniki Warszawskiej), który publicznie zarzucał Czochralskiemu m.in. interesowność i wyciąganie korzyści materialnych z tytułu pełnienia rozlicznych funkcji. W podtekście chodziło też o zachowanie niemieckiego obywatelstwa przez Czochralskiego.

Aleksander Bocheński w "Wędrówkach po dziejach przemysłu polskiego" (wyd. Pax, 1971) pisał:

"Broniewski był ambitny, nieprzejednany, pogardzał pieniędzmi, sądził, że zarobki od przemysłu są niegodne prawdziwego uczonego przez duże U. Czochralski był ubogi, do wszystkiego doszedł własną nadludzką pracą. W liczeniu pieniądza - pisze o nim profesor Gierdziejewski, wielki organizator polskiego odlewnictwa - profesor celował i był na niego bardzo chytry. A Gierdziejewski mógł o tym wiedzieć, bo kierował odlewnią w Ursusie, gdzie wykonywał wyroby według licencji prof. Czochralskiego i, poza stałą pensją 2500 zł za ekspertyzę, płacił mu tantiemy. Ta kosztowna ekspertyza wiele nie była warta i to kłuło w oczy Broniewskiego. Wypowiadał się on - pisze znów o nim Gierdziejewski - nieraz publicznie, że z zasady nie udziela żadnej instytucji ani urzędowi porad, nie podejmuje się ekspertyz i ocen, gdyż to prowadzi do korupcji, do zaprzedania się temu, kto poradę zamawia, do utraty samodzielności w ocenie zjawisk. Sam też propozycji żadnych Ministerstwa Spraw Wojskowych ani fabryk nie przyjmował. Lecz gdy Czochralski podjął się rozwiązania szeregu kwestii, zwłaszcza w zakresie zbrojeniowym, poczuł się dotknięty, że nie jest zapraszany do podobnej pracy".

Konflikt obu profesorów Politechniki zakończył się pojedynkiem na szable (nie wiadomo, kto go wygrał) i procesem o zniesławienie, który Czochralski wytoczył Broniewskiemu w 1934 r. We wszystkich trzech instancjach proces wygrał Czochralski.

Okupacja

Koło historii i fortuny odwróciło się od Czochralskiego wraz z początkiem wojny. W połowie listopada 1939 r. niemieckie władze zamknęły wszystkie szkoły wyższe w Warszawie, w tym Politechnikę.

Jesienią 1939 r. na prośbę swych byłych pracowników oraz na bazie byłego instytutu Politechniki Czochralski zorganizował Zakład Badań Materiałów. Niewątpliwie pomogło mu zaświadczenie od władz okupacyjnych, stwierdzające, że jest "wielce zasłużony dla Rzeszy Niemieckiej". Czochralski uzyskał je, korzystając ze swych dobrych znajomości w kołach naukowych w Niemczech.

Zakład Badań Materiałów był pierwszym z dziesięciu podobnych zakładów, powstałych na Politechnice, na które władze okupacyjne wyraziły zgodę.

Zakłady pomogły przetrwać polskim pracownikom naukowym. Dawały zatrudnienie, chroniły przed wywiezieniem do Niemiec naukowców i aparatury. Zakład Czochralskiego pracował głównie dla miasta, ale również Wehrmachtu. Produkował m.in. części do samochodów i motocykli, wykonywał prace dla gazowni, parowozowni, firmy Lilpop, Roll i Loevenstein, Norblina.

Jak wspominał Ludwik Szenderowski, kierownik warsztatów i odlewni w zakładzie, wykonywano tam też tajne prace dla podziemia, odlewano granaty żeliwne, części do drukarni i pistoletów.

"Profesor Czochralski wiedział o niektórych naszych pracach dla AK, dlatego czasem zapraszał mnie do swojego pokoju na drugim piętrze na kieliszek dobrej gdańskiej wódki jego produkcji i prosił, aby być ostrożnym" - wspominał po latach Szenderowski.

Z kolei prof. Gierdziejewski (kierował podczas wojny Szkołą Metalo-znawczo-Odlewniczą mieszczącą się w tym samym gmachu co zakład Czochralskiego) pisze wręcz: "Czochralski rozwinął w swoim zakładzie bardzo szeroką działalność w dwóch kierunkach - lawirował, aby wyciąg-nąć od Niemców jak największą pomoc dla instytutu pod pretekstem wykonywania remontowych robót dla wojska, z drugiej strony zetknął się z podziemiem i przystąpił do zaopatrywania go w broń potrzebną dla ruchu oporu".

Świadkowie twierdzili, że prof. Czochralski wydostał z więzień i obozów hitlerowskich wielu Polaków. Dzięki jego staraniom zostali m.in. zwolnieni z obozów koncentracyjnych późniejsi profesorowie Politechniki Warszawskiej - Marian Świderek (wnuk słynnego aktora Ludwika Solskiego) z obozu w Buchenwaldzie i Stanisław Porejko z obozu w Gusen. Profesor Porejko wspominał, że pomocna była w tym przyjaźń córki Czochralskiego Leonii z córką szefa niemieckiego Urzędu Bezpieczeństwa w Warszawie (poznały się jeszcze w czasie przedwojennych studiów Leonii w Londynie).

Podczas okupacji Czochralski nadal organizował "czwartki literackie", które były okazją do wspomagania twórców. Gościli na nich m.in. Wacław Berent, Ludwik Solski, Leopold Staff, Alfons Karny, Adolf Nowaczyński, Juliusz Kaden-Bandrowski, Kornel Makuszyński.

Po Powstaniu

Po upadku Powstania Warszawskiego Czochralski znalazł się w Milanówku, skąd dzięki przepustce od Niemców mógł wjeżdżać do opuszczonej i zamkniętej dla Polaków Warszawy. Wywiózł w ten sposób - ocalając przed spaleniem - część wyposażenia byłego Instytutu Metalurgii i Metaloznawstwa. Wtedy też pojawiły się zarzuty, iż Czochralski - po pierwsze - chciał wykorzystać tę aparaturę we własnej fabryce, którą planował otworzyć gdzieś pod Piotrkowem (nieżyjący już profesor Stefan Weychert z Politechniki pisał: "Kiedyś w rozmowie ze mną o urządzeniach z Politechniki wręcz mi powiedział, że lepiej, żeby się przydały w Piotrkowie, niż żeby miały zostać zniszczone w Warszawie"). Po drugie - mówiono, że brał pieniądze za wywożenie mienia i kosztowności z zamkniętej Warszawy.

Profesor Stefan Weychert pisał, że Czochralski, "korzystając z niemieckiego pozwolenia, uprawiał proceder polegający na tym, że osobom, które w obawie przed rewizją osobistą pozostawiły pieniądze i różne kosztowności ukryte w Warszawie - a było takich osób koczujących bez środkow do życia w Milanówku i Brwinowie, gdzie ja mieszkałem, dość dużo - oferował przywiezienie ich precjozów, zwłaszcza złotych, w zamian za znaczny ich udział. Było to oczywiście dostatecznie obrzydliwe wykorzystywanie rozpaczliwej, zimowej w dodatku, sytuacji tych ludzi, którzy nie mając innego wyjścia, byli zmuszeni iść na warunki Czochralskiego. Na tle wielkiej solidarności uciekinierów i ofiarności mieszkańców osiedli podwarszawskich postępowanie Czochralskiego było szczególnie rażące".

- Niestety, profesor nie chciał nic ujawnić, jeśli chodzi o dowody na swoje żale pod adresem Czochralskiego. Sądzę, że takich dowodów po prostu nie ma - mówi doktor Tomaszewski.

"Powszechnie się mówiło, że Czochralski wyciągał ludzi z obozów za pieniądze - komentuje dziś profesor Adam Proń. - Ja myślę, że jest to pomówienie. Myślę, że Czochralski był pośrednikiem ze względu na swoje dobre kontakty z Niemcami. Niemcy byli dosyć skorumpowani i za dobrą łapówkę można było wyciągnąć z obozu praktycznie każdego. Np. brata mojego dziadka wyciągnięto za ogromną łapówkę z Dachau (w ostatniej chwili, bo już był bardzo wycieńczony), a pośrednikiem w przekazywaniu łapówki był kryształowej uczciwości człowiek, który po prostu był niemieckiego pochodzenia i miał dobre kontakty z Niemcami. Pan ten uważał takie działanie za obowiązek niesienia pomocy bliźnim, i słusznie.

Myślę, że rola Czochralskiego była podobna. Nie wyobrażam sobie, aby człowiek tak zasobny i tej klasy mógł brać łapówki".

W więzieniu

Wkrótce po wyzwoleniu prof. Czochralski został - zapewne za sprawą donosu - oskarżony o współpracę z Niemcami na szkodę narodu polskiego.

Pod zarzutem kolaboracji został aresztowany i cztery miesiące spędził w więzieniu w Piotrkowie Trybunalskim. Chodziło o jego kontakty z niemieckimi władzami podczas okupacji, o to, że bez zezwolenia władz Politechniki uruchomił Zakład Badań Materiałów, a także o jego działalność po Powstaniu Warszawskim.

Nie znaleziono jednak żadnych dowodów na kolaborację i śledztwo zostało umorzone, a Czochralskiego zwolniono z więzienia. Jerzy Korytkowski, który w latach 1944-46 jako prokurator Specjalnego Sądu Karnego zajmował się sprawą Czochralskiego, napisał:

"Szerzące się pogłoski o kolaboracji profesora Czochralskiego z okupantem wynikły przede wszystkim z uwagi na to, iż do czasu swego powrotu do Polski w końcu lat 20. sprawował on wysokie funkcje techniczne w Zakładach Kruppa w Niemczech i posiadał kontakty osobiste z niemieckimi uczonymi. Działalność jego nie miała w żadnym przypadku charakteru kolaboracji z okupantem i nie mogła być podciągnięta pod pojęcie zdrady narodu polskiego".

Jerzy Korytkowski wydał taką opinię, mimo że tuż po wojnie z oczywistych powodów nie można było znaleźć świadków, którzy mogliby zaświadczyć o działaniach profesora Czochralskiego i jego zakładu na rzecz AK. Ludwik Szenderowski przebywał wtedy w więzieniu, skazany za współpracę z AK na dziewięć lat. Przed kilku laty senacka Komisja Historii i Tradycji Szkoły Politechniki Warszawskiej zwróciła się do prokuratur okręgowych w Warszawie, Łodzi i Wrocławiu, Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, przejrzała też archiwa sądu podziemnego AK. I również nie znalazła żadnych dowodów na kolaborację ani też śladu nazwiska Czochralskiego wśród kolaborantów.

- Może to szkoda, że sprawę tuż po wojnie umorzono, nie doszło do formalnego procesu i nie dano Czochralskiemu szansy na publiczną obronę - zastanawia się doktor Paweł Tomaszewski.

W 1945 r. Senat Politechniki Warszawskiej nie zgodził się go przyjąć z powrotem do pracy i wykluczył ze swojego grona. Uchwała Senatu głosiła:

"Jan Czochralski od końca 1939 r. przestał być uważany przez grono profesorów za profesora Politechniki Warszawskiej. [...] Sprawa objęcia przez J. Czochralskiego pracy w Politechnice jest nieaktualna".

Mimo że prokuratura i sąd nie dopatrzyły się winy, oponenci Czochralskiego nadal twierdzili, że naruszył on zasady obowiązujące powszechnie Polaków w czasie okupacji, zakazujące wszelkich kontaktów z okupantem.

Znów w Kcyni

- W rodzinie mało się o tym mówiło. Wiadomo było jednak, że Czochralski odczuł to jako osobistą porażkę, a wręcz poniżenie - mówi Leszek Nowak. Gdy starania o powrót do pracy na Politechnice okazały się bezskuteczne, profesor Czochralski wraz z żoną wrócił do rodzinnej Kcyni. - Podobno proponowano mu emigrację do Austrii, lecz odmówił - mówi doktor Tomaszewski.

W Kcyni założył firmę Bion, która produkowała chemiczne "mydło i powidło", m.in. różne proszki, pasty, lak do stempli i butelek, płyn do trwałej. Prowadzeniem interesów zajmował się jego bratanek (firma zmieniła nazwę i przeniosła się do Poznania, ale istnieje do dziś).

Sam Czochralski urządził sobie w fabryczce laboratorium naukowe i niemal z niego nie wychodził. - Przychodził zawsze koło ósmej rano i siedział do wieczora, gotując i mieszając różne dziwne substancje - wspomina Leszek Nowak.

W tym samym mniej więcej czasie w Ameryce uczeni z Bell Laboratories odkryli jego pracę na temat sposobu hodowli kryształów z 1916 r. i nazwali ją "metodą Czochralskiego". Rozpoczynała się epoka półprzewodników, elektroniki i informatyki. Czochralski już w niej nie brał udziału. Umarł na zawał serca w 1953 r. Nie doczekał swej rehabilitacji. Zresztą do dziś małe grono naukowców stara się o nią bezskutecznie.

- Są tacy, którzy do dziś powtarzają zarzut o zdradzie ojczyzny - mówi doktor Paweł Tomaszewski.

Po śmierci

Dopiero od czerwca 1990 r. na ścianie małego domku, w Kcyni, gdzie się urodził, widnieje pamiątkowy napis: "W tym domu urodził się prof. dr Jan Czochralski, światowej sławy uczony-wynalazca, krystalograf, chemik, metalurg".

Na początku 1993 r. wpłynął do Senatu Politechniki Warszawskiej wniosek Rady Wydziału Inżynierii Materiałowej o anulowanie postanowienia Senatu z 1945 r. o wykluczeniu Czochralskiego z grona profesorów.

Senat Politechniki oświadczył na to, iż "nie widzi potrzeby i możliwości reasumpcji uchwały Senatu PW z dnia 19 grudnia 1945 r. w sprawie profesora Czochralskiego", choć "uważa, że zarówno dorobek naukowy, jak i organizacyjny profesora i doktora honoris causa Politechniki Warszawskiej Jana Czochralskiego oraz Jego nowoczesne widzenie związków nauki i techniki z praktyką gospodarczą przynoszą zaszczyt naszej Uczelni i stanowią integralną część jej dziedzictwa".

Tę uchwałę można więc tak w skrócie czytać: "nadal nie chcemy widzieć w naszym gronie prof. Czochralskiego, ale do jego wynalazków i odkryć przyznajemy się jak najbardziej".

W ostatnich kilkunastu latach urządzono już ku czci profesora Czochralskiego kilka sympozjów i zjazdów jubileuszowych. Ale nigdy jeszcze na Politechnice Warszawskiej.

Sprawa Czochralskiego wzbudza nadal ogromne emocje na Wydziale Chemicznym Politechniki. - Pamiętam posiedzenie Rady Wydziału, na którym poruszono sprawę rehabilitacji - mówi profesor Adam Proń. - Doszło do dosyć ostrej wymiany zdań między zwolennikami a przeciwnikami rehabilitacji Czochralskiego. Było to bardzo emocjonalne, mimo że żadna z tych osób nie widziała nigdy na oczy Czochralskiego. Z pracowników Politechniki nie żyje już nikt, kto go znał osobiście.

Korzystałem z opracowania doktora Pawła Tomaszewskiego "Życie i działalność prof. Jana Czochralskiego"; "Zeszytów Historycznych Politechniki Warszawskiej"; stanowiska Senackiej Komisji Historii i Tradycji Szkoły PW; listu prof. S. Weycherta do prof. K. Łukaszewicza z Wrocławia.

° METODA CZOCHRALSKIEGO

Przyniosła mu największy rozgłos. To sposób otrzymywania dużych kryształów półprzewodników, np. krzemu lub arsenku galu. Mały zarodek kryształu jest powoli wyciągany z tygla, który zawiera stopioną substancję. Podczas takiego wyciągania kolejne warstwy atomów dołączają do zarodka, oblepiają go, zastygają na nim i powiększają. W ten sposób tworzy się coraz większy, idealny kryształ. Po upływie 80 lat, mimo opracowania innych metod, metoda Czochralskiego króluje w laboratoriach i fabrykach. Dzisiaj wytwarza się kryształy krzemu o wadze kilkudziesięciu kilogramów i średnicy kilkudziesięciu centymetrów.

Tylko w materiale, który jest zbudowany z idealnej sieci krystalicznej, można zapanować nad zjawiskami elektrycznymi, które dzieją się w skali mikrometrów. Duże kryształy krzemu i arsenku galu, czyli tzw. monokryształy, są tworzywem współczesnej elektroniki. Tnie się je na cieniutkie płytki, a na nich umieszcza tranzystory i ścieżki dla prądu. W ten sposób powstają układy scalone i procesory, które znajdują się w niemal wszystkich dzisiejszych urządzeniach, m.in. silnikach samochodowych, komputerach, kuchenkach mikrofalowych itp.

° Z LISTU STEFANA WEYCHERTA, EMERYTOWANEGO PROFESORA WYDZIAŁU CHEMII POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ, DO PROF. K. ŁUKASZEWICZA, ORGANIZATORA X EUROPEJSKIEGO KONGRESU KRYSTALOGRAFICZNEGO WE WROCłAWIU, 28 LIPCA 1986 R.

W okresie ostatniego roku doszła do mnie dwa razy sprawa starań o rehabilitację byłego profesora naszej Politechniki J. Czochralskiego. W roku ubiegłym próbę takiej rehabilitacji podjęło parę osób, kierując ją do Komisji Historii PW. Obecnie, obawiam się, być może znowu taka jest intencja (w części) umieszczenia w programie zjazdu we Wrocławiu punktu poświęconego J. Czochralskiemu.

Podobnie jak na posiedzeniach Komisji Historii PW, tak i tym razem sądzę, że należy wyraźnie i stanowczo rozdzielić sferę działalności ściśle naukowej Czochralskiego od sfery zachowań osobistych i jego postawy obywatelskiej i moralnej. Co do przedstawienia na zjeździe jego działalności naukowej - nie mam uwag, jeżeli taka jest decyzja komitetu zjazdu. Natomiast zamiar dokonywania na zjeździe ponownej próby rehabilitacji J. Czochralskiego jako człowieka, obywatela i profesora - o co, jak wiem, zabiega parę osób - jest naprawdę niedopuszczalny i to pragnę wyrazić jak najbardziej stanowczo [...].

Jak wiadomo, już na początku okupacji w 1939 r. decyzją ówczesnych, już tajnych, władz Politechniki Warszawskiej Czochralski został wyłączony z grona profesorów naszej Politechniki. O decyzji tej przesądziło demonstracyjne podjęcie przez niego - mimo usilnych ostrzeżeń - współpracy z niemieckimi organami wojskowymi, tuż po objęciu władzy przez Niemców. Trzeba wyraźnie podkreślić, że chodziło tu nie tylko o ściśle merytoryczną współpracę w ramach rzeczowych dawnego Instytutu Metaloznawstwa PW - choć oczywiście też bardzo ważną. Bodaj jeszcze ważniejsze było polityczne znaczenie kroku Czochralskiego, kroku, który, dokonany w tym właśnie momencie, stanowił drastyczne naruszenie wspólnego frontu polskiego. Przecież były to chwile, niezmiernie trudne, naszej ponownej mobilizacji, szczególnie ważne, w których kształtowały się nasze postawy wobec okupanta, chwile, które miały przesądzić - i rzeczywiście przesądziły - o dalszej nieprzejednanej postawie całego polskiego społeczeństwa. Dlatego każdy krok do współpracy z Niemcami - zwłaszcza w tym momencie - i to ze strony członka tak eksponowanego środowiska jak profesura uczelni, środowiska, na które wielu się przecież oglądało, był szczególnie groźny i niedopuszczalny.

Pamiętam naszą, młodszych pracowników, reakcję na krok Czochralskiego. Historia okupacji, zwłaszcza jej początków, dowiodła, jak bardzo były potrzebne te zdecydowane reakcje na próby współpracy, właśnie na starcie walki z okupacją.

Decyzję swoją profesorowie nasi podejmowali nie w wąskim gronie, rozważali ją i podjęli z poczuciem wielkiej i słusznej odpowiedzialności profesury za jednoznaczność postaw. Podjęli ją, mimo że zdawali sobie sprawę z tego, jak wielkie zagrożenie osobiste dla nich ona stanowiła. Dlatego obecne próby paru osób, występujących w obronie rzekomo pokrzywdzonego Czochralskiego, przedstawienia tej decyzji jako niesłusznej, wręcz "lekkomyślnej", bo opartej na "plotkach" etc. - uwłaczają pamięci tych profesorów, którzy jako pierwsi podejmowali trud i ryzyko organizacji oporu.

[...] Rozpatrując sprawę Czochralskiego po długich miesiącach w r. 1945, określono jeszcze raz zakres jego współpracy z Niemcami, współpracy, w której nie było jednak denuncjacji. Z drugiej strony, uznano jego wsparcie, czasem nawet wręcz pomoc, jakiej udzielał różnym osobom, zwłaszcza swoim współpracownikom, nawet tym, o których mógł się domyślać, że byli związani z podziemiem. W tym ogólnym bilansie uznano, że postawienie zarzutu w stopniu świadomej zdrady narodowej byłoby nieuzasadnione.

[...] W ciągu pierwszych kilku dni i bezsennych nocy Powstania, kiedy siedzieliśmy we dwóch w gmachu technologii, opowiadał mi wiele o sobie i swoich nieudanych dzieciach (z wyjątkiem Leonii Wojciechowskiej). Lepiej go wtedy zrozumiałem. Rzeczywiście był to przedziwny człowiek. Na pewno bardzo twardy, o bardzo bogatej naturze, na pewno dużych zdolnościach i, niestety, o zupełnie nie do pojęcia dla ludzi naszego środowiska - czy może nawet polskiego społeczeństwa - wyobrażeniach o zwykłych zasadach moralnych. Widocznie ciężkie warunki dzieciństwa, a zwłaszcza długi i trudny okres wybijania się - i dorabiania - w specyficznym środowisku "rekinów" wielkiego przemysłu niemieckiego, wytworzyły u niego jakiś zupełny prymat interesu osobistego, kariery i pieniędzy. Było to tak widoczne i bezwzględne w tym, co mi szczerze mówił, że zacząłem wierzyć, że on rzeczywiście nie rozumiał, co robi, podejmując współpracę z Niemcami w 1939 r. Chyba również potem nie rozumiał, co robi, prowadząc "złoty interes" po Powstaniu. Dlatego sądzę, że ten negatywny bilans, sprawiedliwie podsumowany przez naszych profesorów, nie był chyba wynikiem złej woli Czochralskiego, lecz raczej skutkiem zupełnie wypaczonych wyobrażeń o zwykłej ludzkiej moralności, wypaczeń wywołanych przez jego trudne, ale i bogate, życie w specyficznym środowisku niemieckim.

° STANOWISKO SENACKIEJ KOMISJI HISTORII I TRADYCJI SZKOŁY PW W SPRAWIE UCHWAŁY SENATU Z DNIA 19 GRUDNIA 1945 R. DOTYCZĄCEJ PROF. DR. H.C. JANA CZOCHRALSKIEGO:

Senacka Komisja Historii i Tradycji Szkoły zwraca się do J.M. Rektora PW z wnioskiem o przedłożenie Senatowi PW stanowiska Komisji w celu dokonania oceny działalności prof. dr. h.c. Jana Czochralskiego i ustosunkowania się do uchwały Senatu z dnia 19 grudnia 1945 r., odmawiającej prof. Czochralskiemu dalszego zatrudnienia na PW. [...]

Komisja dawno już zwróciła uwagę na rozbieżność między ciągle obowiązującą infamią prof. Czochralskiego na PW a powszechnym i stale rosnącym uznaniem, jakim w świecie naukowym cieszą się osiągnięcia prof. Czochralskiego [...]

Zachowanie przez prof. Czochralskiego lojalności w stosunku do obu krajów, których był obywatelem, stało się w czasie okupacji niesłychanie trudne. Już względy osobistego bezpieczeństwa nie pozwalały mu na zerwanie kontaktów ani z nauką niemiecką, ani z władzami okupacyjnymi, od których uzyskał nawet zaświadczenie o zasługach dla nauki niemieckiej, co ułatwiało mu ruchy zarówno w sensie możliwości podróżowania, jak i aktywności gospodarczej.

Na przełomie lat 1939/40 prof. Czochralski uzyskał zgodę ze strony władz niemieckich na uruchomienie w pomieszczeniach kierowanego przez siebie Instytutu Metalurgii i Metaloznawstwa PW Zakładu Badań Materiałów, prowadzącego różne badania początkowo na zlecenie przedsiębiorstw polskich, a później również i instytucji niemieckich. Sprawa uruchomienia ZBM, w obiegowej opinii, bez porozumienia się z zarządcą Politechniki Warszawskiej - rektorem Drewnowskim, była prawdopodobnie głównym powodem tego, że - jak czytamy w cytowanej uchwale Senatu PW - "dr Czochralski od końca 1939 r. przestał być uważany przez grono profesorów za profesora Politechniki Warszawskiej. [...]

Również i rektor Drewnowski już w pierwszej połowie 1940 r. wszczął ze swej inicjatywy staranie o uruchomienie innych zakładów badawczych, a po sprawdzeniu ich stanu technicznego zwrócił się w dniu 27 marca 1940 r. do władz niemieckich z prośbą o zezwolenie na uruchomienie ośmiu zakładów badawczych, do których zaliczył również ZBM prof. Czochralskiego, i zgodę taką uzyskał.

Jest rzeczą zastanawiającą, że działania rektora Drewnowskiego rozpoczęły się zaledwie w miesiąc po uruchomieniu ZBM. Czy więc fakt utworzenia ZBM nie był czynnikiem dopingującym prof. Drewnowskiego do uruchomienia innych zakładów badawczych? Czy wystąpienie prof. Czochralskiego do władz niemieckich nie było krokiem "sondażowym" w kierunku uzyskania zgody dla uruchomienia następnych zakładów badawczych PW?

Komisję utwierdza w tym przekonaniu wypowiedź prof. dr. hab. Janusza Lecha Jakubowskiego, jedynego żyjącego członka Senatu PW, podejmującego brzemienną uchwałę w dniu 19.12.1945. Prof. Jakubowski w swym pisemnym oświadczeniu dla komisji stwierdza, co następuje: "Zarzut stawiany prof. Czochralskiemu o nawiązanie współpracy z okupantem przez uruchomienie Zakładu Badań Materiałów w styczniu 1940 r. jest całkowicie niesłuszny. Utworzenie tego zakładu zostało wstępnie uzgodnione między profesorami K. Drewnowskim i J. Czochralskim. Zakłady takie miały zapewnić przetrwanie polskim pracownikom naukowym i, jak wykazała bliska przyszłość, uchroniły przed wywiezieniem do Niemiec ludzi i aparatury naukowej. Dzięki tej akcji ocalała duża część pracowników naukowych PW. Prof. Drewnowski za tę akcję nigdy i nigdzie nie był oskarżony o kolaborację; winno to dotyczyć także prof. Czochralskiego. (...) Dopiero w 1941 r. prof. Czochralski dostał polecenie od władz niemieckich wykonywania prac dla potrzeb Heereskraftfahrparku (HKP 554), przy czym za cenę odlewania panewek do pojazdów samochodowych Wehrmachtu uzyskał zgodę na wydawanie ZBM "mocnych" zaświadczeń o pracy. Zapewniło to byt i bezpieczeństwo kilkudziesięciu pracownikom.

Jak wynika z zeznań świadków, w tym mgr. inż. Ludwika Szenderowskiego, b. kierownika warsztatu i odlewni w ZBM, a jednocześnie członka ruchu oporu, w r. 1942 na terenie ZBM rozpoczęła swą potajemną działalność komórka organizacyjna AK w zakresie produkcji odlewów żeliwnych skorup do granatów, elementów drukarń polowych i części do pistoletów. Prof. Czochralski wiedział o tym i nie tylko tolerował, ale i ochraniał działalność konspiracyjną w swym zakładzie wobec władz niemieckich i gestapo.

Na korzyść prof. Czochralskiego należy również zaliczyć jego działalność poza ZBM. Wykorzystując swe rozległe znajomości, interweniował wielokrotnie i dość skutecznie u władz okupacyjnych w celu uwolnienia różnych osób z obozów niemieckich, więzień i obozów koncentracyjnych. Wśród osób uwolnionych można znaleźć m.in. nazwisko dr. Mariana Świderka, późniejszego profesora PW, wnuka Ludwika Solskiego.

Znamienna jest tu wypowiedź b. asystentki prof. Czochralskiego prof. dr Zofii Wendorff, że "nie zna ona przypadku, aby prof. Czochralski odmówił pomocy Polakom, którzy się do niego zwrócili".

Artykuł dla strony WWW PTWK opracował W. Polak

Tekst wypisany na stronie WWW czcionką pogrubioną odpowiada fragmentom tekstu dodatkowo wyeksponowanym w gazecie.

Ze względów technicznych nie umieszczono na stronie WWW dwóch pozostałych fotografii:
1) Jan Czochralski z żoną Margueritą w Mariańskich Łaźniach, 1935 r.
2) Rodzinny dom Jana Czochralskiego w Kcyni, lata 30.